06.01.2010
Decyzję o wyjeździe "w ciemno" właśnie w środę szóstego stycznia 2010 podjęliśmy 45 minut przed planowym odjazdem autokaru do Frankfurtu z dworca PKS we Wrocławiu. Uzbieraliśmy dużo urlopowych dni i od Świąt szukaliśmy ciekawej (rzecz względna) oferty lotniczej w jednym z wielu interesujących nas kierunków. Okres świąteczno-noworoczny rządzi się swoimi prawami i nie jest łatwo znaleźć wtedy tak zwaną okazję. Od kilku dni byliśmy już spakowani i jak fanatycy śledziliśmy wszelkie strony z ofertami lotów "last minute", ale cały czas ceny były dla nas zbyt wysokie.
I w końcu; decyzja- jedziemy dzisiaj i szok - w takim razie ciężko będzie zdążyć. Plecaki już co prawda spakowane i niby wszystko gotowe, ale jeszcze jakieś pseudokanapki przydałoby się na drogę zrobić, dopakować ostatnie niezbędne rzeczy (tym trudniej się pakować, gdy nie wiadomo gdzie i na jak długo jedziemy). Zebraliśmy się jak najszybciej mogliśmy i wyszliśmy z domu o 23.50, przy czym autokar do Frankfurtu miał jechać o 23.55. Na dworcu okazało się, że autokaru jeszcze nie ma, jest opóźniony nie wiadomo o ile, poza tym Pan w kanciapie na dworcu ma "awarię systemu" i bilety mieliśmy sobie kupić u kierowcy. O 0.30 autobusu nadal ani widu ani słychu, zimno jak to zwyczajowo w polskim styczniu, Rudy rzucił propozycję: "może jak nie przyjedzie do pierwszej w nocy to jest to znak, żeby zawrócić do domu i jutro najwygodniej w świecie władować się do samolotu do Egiptu (wylot po ludzku z Wrocławia)". Nie mieliśmy okazji długo zastanawiać się nad taką opcją, bo autokar nareszcie nadjechał. Kupiliśmy bilety w dwie strony: Wrocław-Frankfurt, Frankfurt-Wrocław, przy czym bilet powrotny z opcją "open", bo nie znaliśmy daty powrotu. Bilet dla jednej osoby kosztował 305 pln.
07.01.2010
We Frankfurcie byliśmy rano dnia następnego. Z dworca autobusowego, gdzie nas wysadzili, przeszliśmy dosłownie kawałek do dworca kolejowego (nie jest to bynajmniej odpowiednik dworca PKP). Wszystko znakomicie oznakowane, skomunikowane, a każdy przechodzień wręcz czyha by Ci pomóc, wskazać drogę. Bardzo szybko dotarliśmy kolejką na lotnisko. Teraz miało się wszystko okazać - czy podjęliśmy słuszną decyzję wsiadając na wariata do autobusu nie mając biletu lotniczego, ani żadnej rezerwacji. Liczyliśmy na to, że uda nam się kupić bilety w przystępnej dla nas cenie
Wylot mieliśmy z Dusseldorfu, ale Ltur jest na tyle elegancki, że w ramach biletu lotniczego zasponsorował nam przejazd wypasionym niemieckim pociągiem z Frankfurtu do Dusseldorfu. W sumie koszt przelotu w obie strony wraz z pierwszym noclegiem na Jamajce - 296 eur na jedną osobę.
08.01.2010
W Montego Bay wylądowaliśmy po około 10 godzinach lotu, wieczorem. W międzyczasie zmieniliśmy strefę czasową - 6 godzin różnicy. Wprawdzie jak wysiedliśmy z samolotu było jeszcze widno, ale szybko zapadł zmrok i niewiele widzieliśmy po drodze do Negrila, gdzie mieliśmy wykupiony pierwszy nocleg (jeszcze w Niemczech, przez Ltur). Władowaliśmy się pod lotniskiem do jakiegoś autokaru, który rozwoził turystów po ich hotelach-pałacach. Gdy autokar zatrzymał się przed naszym hotelem "Footprints" w autokarze zapanowała ogólna wesołość:-) Reszta turystów jechała w nieco bardziej luksusowe rewiry, ale ważne że i my się cieszyliśmy. Po zrzuceniu gratów w naszym pokoiku wyszliśmy wprost na plażę. Pierwszy wieczór na Jamajce był niesamowity - gwiazdy wielkie i blisko. Ciepło, tropikalna bryza znad oceanu. Zamówiliśmy sobie po drinie (rum+cola) w plażowym barze i słuchaliśmy muzyków, którzy grali reggae na żywo. Czuliśmy się jakbyśmy wskoczyli do telewizora. Długo, bo prawie dwa lata czekaliśmy, żeby poczuć wakacje i w końcu nadeszły. Żeby uzupełnić ten idylliczny obraz, muszę dodać, że co chwilę podchodzili do nas sprzedawcy wszystkiego i niczego - niektórych udawało się nam spławić w miarę bezboleśnie, inni męczyli bardziej. A, jak można się było domyślić, najwięcej było handlarzy najlepszego i najbardziej jamajskiego "Bob Marley stuff"...Uciekliśmy po paru godzinach spać, co oznaczało pierwsze spotkanie z karaluchami, lub ich jamajskimi kuzynami (duże owady z czułkami, które szybko popylają w okolicach łazienkowych i nie tylko). W Footprintsach Rudy stoczył zwycięską walkę z czterema. Rozpoczęliśmy chlubną tradycję wczesnego chodzenia spać i wczesnego wstawania - zupełnie odwrotnie niż mamy w zwyczaju postępować w naszym ojczystym ciemnym i zimnym kraju...